Featured

Już za miesiąc…

…rozpoczynamy podróż życia. Dosłownie i w przenośni.

25 sierpnia lecimy do Los Angeles i samochodem będziemy przemierzać kontynent, by po pięciu tygodniach oddać go w Nowym Yorku. Wymarzona przez nas podróż, która będzie w dodatku poślubną. Trzymajcie kciuki, by uśmiechu, przygód i benzyny nam nie zabrakło:)

Ostatnie dni wakacji

Niespodzianka! Jesteśmy w Warszawie już od soboty! Przez ostatnie dni wyjazdu nie pisałam, bo nie mieliśmy internetu. Dzisiaj, po rozpakowaniu plecaków i powrocie do rzeczywistości, zgrałam wreszcie zdjęcia na komputer i mogę opowiedzieć Wam, gdzie byliśmy i co robiliśmy.

Cofnijmy się więc do piątkowego poranku. Nocowaliśmy w Gravedonie, małym miasteczku nad jeziorem Como. Obudziło nas słońce i ciepłe powietrze wpływające do pokoju przez otwarte okno. Pogoda była przepiękna, więc zaraz po śniadaniu pobiegłyśmy z Emilką na basen. Woda była cudownie cieplutka. Emilka chętnie ćwiczyła pływanie na brzuszku i na plecach. Szkoda, że nie chciało nam się już nadmuchiwać jej koła, bo na pewno chętnie by samodzielnie w nim popływała.

DSC_0460DSC_0475DSC_0478

W południe ruszyliśmy w dalszą drogę. Mieliśmy do przejechania tylko 170 km, ale google pokazywał aż 3 godziny jazdy. I rzeczywiście, to nie była pomyłka. Droga była wąska i kręta, ale przepiękna, w szczególności droga nr 27 w Szwajcarii. Wdrapywaliśmy się serpentynami na szczyty gór, by za chwilę z nich zjeżdżać. Widoki za oknem były naprawdę bajeczne. W ciągu tych godzin jechaliśmy przez Włochy, Szwajcarię, Austrię i ponownie Włochy. Szkoda, że nie udało mi się zrobić dobrych zdjęć, ale niestety, ograniczyło mnie znów siedzenie za kierowcą.

DSC_0533DSC_0548DSC_0567DSC_0590DSC_0601

Naszym celem było miasteczko Resia nad jeziorem o tej samej nazwie. Tak naprawdę to sztuczny zbiornik, który powstał po II Wojnie Światowej. Zalano wówczas 523 ha powierzchni, w tym górskie miasteczka. Dzisiaj jedynym widocznym świadectwem ich istnienia jest dzwonnica XIV-wiecznego kościoła św. Katarzyny w dawnym Curon – samotna wieża wystająca ponad taflę jeziora. Widok jest abstrakcyjny i trochę zatrważający. Jak głosi legenda, w mroźne noce słychać dźwięk jej dzwonów, zdemontowanych ponad 60 lat temu.

DSC_0657

DSC_0633DSC_0650

Do wieży mieliśmy z naszego miasteczka ok. 40 minut spacerkiem. Przyzwyczajeni do 30 stopniowych upałów, tutejsze 20 stopni przywitaliśmy w kurtkach i czapkach. Emilce to jednak nie przeszkadzało. Gdy swoimi malutkimi oczkami wypatrzyła w oddali wieżę, zaczęła pokazywać ją paluszkiem. Była wyraźnie zaintrygowana (wieżą, czy biegającymi w pobliżu pieskami? :))

DSC_0608DSC_0606DSC_0619

Wieczorem A. znów dopadła wysoka gorączka. Postanowiliśmy przyśpieszyć więc nasz powrót do Polski. Rano spakowaliśmy się w ekspresowym tempie, ustaliliśmy przebieg trasy, która nadal przebiegała przez mój od lat wymarzony zamek Neuschwanstein i ruszyliśmy w drogę.

DSC_0668DSC_0666

Zamek Neuschwanstein powstawał jako wyidealizowany średniowieczny zamek rycerski dla bawarskiego króla. Był pierwowzorem zamku Śpiącej Królewny w Disneylandzie, więc nie zdziwi Was, że marzyłam od dziecka, żeby go zobaczyć. Wreszcie się udało!

DSC_0707DSC_0687DSC_0756DSC_0764DSC_0723DSC_0775

Niestety, okazało się, że wnętrza zamku można zwiedzać tylko z przewodnikiem. Była sobota więc po bilety musielibyśmy stać w dłuuuuugiej kolejce, a na wyruszenie naszej grupy i zwiedzanie trwające tylko 35 minut! czekać kilka godzin. Zamiast do zamku udaliśmy się więc na Marienbrucke, most z którego można podziwiać zamek w całej jego okazałości. Potem, gdy A. zaczął już powoli schodzić z Emilką do samochodu, ja postałam jeszcze dłuższą chwilę na moście, patrząc na zamek i ciesząc się, że kolejne podróżnicze marzenie zostało spełnione. Mogliśmy teraz wracać do domu…

DSC_0739

P.S. Do domu jechaliśmy tego dnia 1321km. Przez całą drogę Emilka była aniołkiem! Zabawa, jedzenie, spanie, zabawa – nawet przez moment nie zaczęła marudzić czy płakać. Mogę więc planować kolejne wyprawy! Podróże z dzieckiem są czystą przyjemnością 🙂

Na pokładzie

Dzisiaj wstaliśmy skoro świt. Sestri Levante powoli budziło się do życia. Ulice były jeszcze prawie puste. Pracownicy kawiarni rozstawiali stoliki, zapraszając turystów na śniadanie. My udaliśmy się prosto na przystań i weszliśmy na pokład statku. Trochę się obawiałam, czy Emilka nie dostanie choroby morskiej (to jej pierwsza podróż łodzią!), ale na szczęście wszystko było dobrze. Bardzo jej się podobało, w szczególności ten wiatr wiejący od morza!

DSC_0190DSC_0074

Morze było spokojne. Słoneczko dopiero niepewnie zaczynało dawać o sobie znać. A my mknęliśmy do San Fruttuoso.

DSC_0008DSC_0057DSC_0061DSC_0081

San Fruttuoso to zatoka, w której znajduje się opactwo benedyktynów, a ich klasztor położony jest dosłownie na samej plaży. Zatoka słynie z głębokich, czystych wód, w których można nurkować. To właśnie tutaj można zobaczyć posąg Jezusa Chrystusa ustawiony na kamienistym dnie morza 17 metrów pod wodą. Cristo degli Abissi został tam zainstalowany w 1954 r. aby upamiętnić wszystkie ofiary pochłonięte przez morze, zarówno w czasach wojny, jak i pokoju. Szkoda, że nie mieliśmy ze sobą sprzętu i trochę więcej czasu. Chciałabym to zobaczyć!

DSC_0096DSC_0183DSC_0177

Po krótkim pobycie w zatoce, gdzie Emilka z zafascynowaniem bawiła się kamykami na plaży, weszliśmy znów na pokład i popłynęliśmy do słynnego Portofino.

DSC_0207DSC_0235DSC_0240DSC_0260

Miasteczko jest magiczne! Zachwyca przede wszystkim kolorowymi kamieniczkami i roślinnością. Dookoła portu ciągnie się promenada, wzdłuż której zlokalizowane są sklepy najdroższych projektantów, ale również sklepiki z pamiątkami, restauracje i kawiarnie. Co ciekawe, w Portofino nie ma plaż. Brzegi przy morzu są tu ograniczone stromymi klifami i kamiennymi zejściami. No i czuje się tutaj atmosferę luksusu i bogactwa. Już sama nazwa brzmi tak dostojnie – Portofino!

DSC_0272DSC_0271DSC_0289

Widzicie na jachcie ten mały balkonik, prawie po środku, jakby na “pierwszym piętrze”? 🙂 Tak właśnie ten. Gdy odpływaliśmy jakaś pani raczyła się na nim masażem. I co, kto by nie chciał być miliarderem i spędzać w ten sposób wakacji? 🙂

Gdy weszliśmy znów na pokład, Emilka odpłynęła 🙂

DSC_0297

Do Sestri Levante wróciliśmy około 13. Wróciliśmy, ale tylko po to, by wsiąść w samochód i ruszyć dalej w drogę. Przed nami 280 km, kierunek północ. Pierwszy odcinek autostrady z Sestri Levante i Genui w kierunku Mediolanu przypomina rollercoaster. Wąsko, pełno zakrętów, no i dzięki A. również szybko. Później to już tylko prosta równa trzypasmówka. Gdy minęliśmy Mediolan, naszym oczom ukazał się zjazd: Lago di Como! Tak, to nasz dzisiejszy cel! I znów będziemy jechać wzdłuż całego jeziora. Rozpoczynamy naszą trasę w Como i mkniemy po zachodniej stronie jeziora aż na jego północny kraniec. Mkniemy powolutku 40/50 km/h, bo znów wąsko i pełno zakrętów. Mijamy po drodze piękne widoki i piękne miasteczka, m.in. Bellagio.

DSC_0355DSC_0357

Nocujemy w Gravedona w uroczym hoteliku Tullio. Nasze okna wychodzą na jezioro. Jest tu tak przyjemnie, że aż szkoda, że zostajemy tylko jedną noc. Gdy kładę się wieczorem spać, czuję jakby mną kołysało, jakbym była ciągle na pokładzie statku 🙂

DSC_0377DSC_0372

DSC_0385

 

 

 

Somewhere beyond the sea…

Wczoraj było chyba ze 100 stopni. Powietrze aż parzyło w policzki. Termometr pokazywał 35 stopni. Przecież takiej pogody w czerwcu miało nie być! Szybko pobiegłam na basen, wskoczyłam do wody. Ale ulga! Popływałam kilkanaście minut i trzeba było wracać, do Emilki, która machała rączkami i ciągle do mnie krzyczała, jakbym ją zostawiła co najmniej w Warszawie. A przecież była na kocyku tuż obok basenu. Uciekłyśmy szybko do domu, który swoimi grubymi murami dawał przyjemny chłód. No i co teraz? Chyba trzeba zacząć się pakować i powoli żegnać naszą Toskanią…

DSC_0859

Z samego rana A. czuł się nadal niewyraźnie. Do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy zdecyduje, że wracamy do Warszawy, czy ruszymy dalej w drogę. On chyba też do końca nie wiedział. Jechaliśmy autostradą w kierunku Florencji i tam musiała być podjęta ostateczna decyzja, albo odbijamy w prawo w kierunku Wenecji i granicy z Austrią, albo w lewo, w kierunku Pizy i wybrzeża Liguryjskiego. Decyzja została podjęta dosłownie 2 kilometry przed zjazdem. Jedziemy nad morze!

Sestri Levante to mały kurort rozłożony na cyplu i fragmencie płaskiego lądu między górami. Bardzo blisko stąd do bardziej popularnych Cinque Terre czy Portofino. Zatrzymujemy się w hotelu przy nadmorskiej promenadzie. A. bierze ibuprofen i jest gotowy na spacer. Idziemy najpierw wzdłuż wybrzeża, patrząc na morze, później przez gwarne, zatłoczone turystami uliczki. Wstępujemy dwa razy na gelato.

DSC_0874DSC_0875DSC_0870DSC_0899DSC_0898

Potem skręcamy nad małą, cichą zatoczką Baia del Silenzio i tam już zostajemy.

DSC_0907DSC_0950DSC_0954DSC_0996DSC_0999

Zbieżność kolorystyki kostiumów zupełnie przypadkowa 🙂

Powoli patrzymy jak turyści i miejscowi zbierają swoje ręczniki i wracają do domów i hoteli. My zostajemy. Robi się przyjemnie cicho. Słychać tylko muzykę z pobliskiego baru. I tak leżelibyśmy sobie na kocyku i leżeli, gdyby Emilka nie przypomniała nam, że czas już przecież spać. Wróciliśmy więc do hotelu. I kiedy Emilka i A. już śpią, ja słucham Franka Sinatry:

“Somewhere beyond the sea
somewhere waiting for me
my lover stands on golden sands
and watches the ships that go sailin’

We’ll meet beyond the shore
we’ll kiss just as before
Happy we’ll be beyond the sea
and never again I’ll go sailin’…”

Podziemne miasto Montepulciano

Tak to jest z mężczyznami, że gdy mają choćby niewielką gorączkę to umierają, a gdy tylko poczują się lepiej, nie utrzyma ich się w domu. Co tam zalecenia odpoczynku czy unikania słońca, przecież już (przynajmniej teraz) jest dobrze.

A. oznajmił rano, że jedziemy do miasta na spacer. Długo nie protestowałam, po 15 minutach byliśmy w samochodzie, a po kolejnych 5 minutach byliśmy już na miejscu.

DSC_0821DSC_0809DSC_0811

Spacerując uliczkami miasta zostaliśmy zaczepieni przez Carla. Prowadzi on winiarnię i zaprosił nas na wycieczkę po jego podziemnym świecie. Nie mogliśmy iść na nią razem (Emi sorry ale dzisiaj to wina Twojego wózka :)), także A. został z Emilką na górze a ja udałam się na zwiedzanie.

Winiarnia Ercolani prowadzona jest przez dwóch braci, Carlo i Marca, od ponad 30 lat. Bracia posiadają 14 hektarów winnic, 4 gaje oliwne i lasy. Winiarnia produkuje słynne lokalne wino Nobile di Montepulciano z czterech rodzajów winogron: Sangiovese, Canaioli Nero, Mammolo i Colorino. Winogrona te są ręcznie zbierane w październiku. Produkcja wina odbywa się w tradycyjny sposób, a beczki z winem są przechowywane w piwnicach, które dzisiaj zwiedzałam. Niektóre rodzaje win potrzebują nawet 10 lat w beczkach, by były najlepszej jakości. Winiarnia produkuje też oliwę i ser Pecorino. .

DSC_0831DSC_0829DSC_0835DSC_0840

Zwiedzając piwnice widziałam również rzeczy w nich odnajdywane, tj. średniowieczne narzędzia tortur (w piwnicach tych w XIV i XV wieku trzymano więźniów) czy etruski grobowiec z IV wieku przed naszą erą!

Wycieczka po tym podziemnym świecie była niezwykle ciekawa. Na zakończenie zostałam zaproszona na degustację wina, ale zastąpił mnie już na niej A. Oboje wyszliśmy z winiarni zadowoleni, z butelkami wina w ręku. Już niedługo je skosztuję! 🙂

DSC_0848

P.S. Dzisiaj króciutko, bo mamy od wczoraj problem z Internetem, który praktycznie nie działa. Nie wiem nawet czy zdjęcia uda się załadować. Czeka nas teraz pakowanie i w środę rano ruszamy w drogę powrotną. Mam nadzieję, że plan B już nie będzie potrzebny 🙂

Weekendowe lenistwo i włoski ostry dyżur

Pod ostatnim postem moja koleżanka napisała piękny komentarz, że moje zdjęcia i teksty są takie pełne szczęścia. To prawda, jestem szczęśliwa! I cieszę się, że moje opowiadania i zdjęcia to odzwierciedlają! Mam ukochanego mężczyznę u boku, cudownego urwiska na rękach, jesteśmy razem w pięknej Toskanii. Niczego do szczęścia przecież więcej nie trzeba!

Jednak gdy komentarz ten pojawił się na moim profilu, na naszym szczęściu pojawiły się drobne rysy. A. narzekał od dwóch dni na bóle głowy, jednak w sobotni poranek poczuł się znacznie gorzej. Jak sam to określił, długo walczył ale teraz poddał się tej toskańskiej zarazie. Postanowiliśmy więc zostać tego dnia w domu, w szczególności, że termometr pokazywał już temperaturę powietrza ponad 30 stopni. Gdy A. odpoczywał, my z Emilka rozgościłyśmy się w ogrodzie. Po chwili dołączył do nas pies Oliver. Witałyśmy się już z nim kilka razy, a teraz gdy zobaczył nas na kocyku, po prostu podszedł i się przy nas położył. Zupełnie nie przeszkadzało mu, że Emilka nieustannie ciągnie go za włosy 🙂

20170610_12172220170610_121440

 

Leniuchowałyśmy z Emilką do południa, aż zaczęło burczeć mi w brzuchu. Lodówka świeciła pustkami. A. zabronił nam iść do sklepu, bo droga częściowo prowadziła ulicą bez pobocza i chodnika. Powiedziałyśmy więc, że idziemy na spacer. Zapakowałam Emilkę do nosidełka i ruszyłyśmy w kierunku sklepu. To w końcu też spacer 🙂 Szkoda tylko, że 40 minut drogi cały czas w pełnym słońcu i pod górę. Postanowiłam uprzyjemnić nam drogę śpiewając na cały głos, raz coś z repertuaru Michaela Jacksona raz piosenka z gordonków o mamie, która myła małego muła (nasza ulubiona 🙂 ). Emilka po pewnym czasie już chyba nie mogła mnie słuchać, bo poszła spać.

20170610_171849

20170610_181901

20170610_181724

20170610_173825

W sklepie zakupiłyśmy tylko niezbędne rzeczy (przede wszystkim napoje) i ruszyłyśmy w drogę powrotną. Zdjęcia robiłam telefonem, bo choć ręce miałam wolne, to 10 kilowe dziecko z przodu i plecak z zakupami z tyłu wystarczyły. Aż takim szaleńcem nie jestem 🙂

20170610_181438

20170610_171855DSC_0794

Wieczorem A. dołączył do nas nad basenem. Zakupione dzisiaj w sklepie czereśnie nigdy nie smakowały tak dobrze!

20170610_192059

20170610_19151820170610_19152220170608_190402

W niedzielę A. nadal czuł się bardzo źle, więc postanowiliśmy udać się do lekarza. I mimo, że wykupiliśmy na taką okazję specjalne prywatne ubezpieczenie, mogliśmy je sobie schować w kieszeń. Bardzo miła pani w telefonie poinformowała nas, że najbliższa możliwa placówka jest o 40 minut od nas i jest to szpital publiczny, więc wystarczy nam karta EKUZ. Świetnie, że wykupiliśmy ubezpieczenie, naprawdę było warto!

Cóż zrobić, wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy do szpitala do Cortony. A. poszedł na izbę przyjęć, a my z Emilką szukałyśmy sobie zajęcia. I powiem Wam, że dopiero wtedy mnie oświeciło i zaczęłam się zastanawiać, po co my z nim do tego szpitala jechałyśmy?! Szpital stał w szczerym polu po środku niczego. Jechać gdzieś dalej choćby do centrum Cortony, czy do domu, to ponad pół godziny w jedną stronę. Zanim dojedziemy, trzeba będzie wracać po Adama – pomyślałam. No dobra, zostajemy tutaj.

20170611_115256

Przyjechaliśmy do Toskanii w czerwcu, żeby zdążyć przed letnimi upałami. Ha, była godzina 11 i termometr wskazywał tylko 38 stopni. Zabawa w samochodzie była więc krótka, zapakowałam Emi do wózka i ruszyłyśmy na zwiedzanie okolic. Gdy nie znalazłyśmy cienia wokół szpitala, weszłyśmy do głównego korytarza szpitala. Głucha cisza, nie było absolutnie nikogo.

20170611_13464320170611_13463820170611_12444720170611_140453

Gdy pocałowałyśmy kłódkę na automacie z lodami, postanowiłyśmy opuścić ten przybytek. Była godzina 13. A. udało się wreszcie dostać do gabinetu lekarza. Uff, niedługo będzie po wszystkim. Skierowałyśmy się z Emi do pobliskich budynków, gdzie według googla miało się znajdować centrum handlowe. Kilka sklepików i apteka były oczywiście zamknięte. Jedynym otwartym miejscem był bar Sandy. Tam już zostałyśmy. Pan zrobił nam pyszne kanapki, a my oczyszczałyśmy mu skutecznie lodówkę z napoi. A. tylko przysyłał smsy, że robią mu badania, prześwietlenia. Cieszyłyśmy się, że profesjonalnie się nim zajęli. Gdy wybiła godzina 15, pan uprzejmie włączył nam Eurosport i finał Rolland Garrosa się rozpoczął. O 15:36 A. napisał, że go wypuścili. Diagnoza: nie wiemy, co Panu dolega. Jak nie przejdzie jeszcze po 2 dniach, to proszę wrócić do szpitala, ale wystarczy do tego w Waszym mieście. Aha, więc w Montepulciano też jest szpital! Przeklęłam naszego ubezpieczyciela po raz kolejny dzisiejszego dnia!

I tak skończył się weekend. Do końca dnia A. czuł się dobrze, w nocy znów wróciła wysoka gorączka. Plan mamy następujący: zostajemy w Montepulciano do środy (bo dotąd mamy nasz apartament) i jeżeli A. toskańska zaraza przejdzie, to świetnie, jedziemy dalej z naszym planem. Jeżeli jednak nie przejdzie, to chyba wrócimy do Polski szybciej. Trzymajcie kciuki, żeby plan B nie był potrzebny…

AHHHHH, Emilka mi przypomina, że zapomniałam o jej wiadomościach! Nasza mała Małpka wzbogaciła się o czwartego ząbka, także jedynki mamy już w komplecie! I druga rzecz: zaczęła sama stawać bez trzymania! Na razie trwa to tylko kilka sekund i traci równowagę, ale jesteśmy z niej bardzo dumni! Niedługo zacznie chodzić i pójdzie do pracy 🙂

20170611_114045

 

 

Toskańskie pocztówki

Gdy wpiszemy w Google Grafika “Toskania”, albo jeszcze dokładniej, “Val d’Orcia”, zobaczymy kilka typowych zdjęć, które zna chyba każdy z nas. Rzędy cyprysów wzdłuż drogi, kapliczka w polu, samotne gospodarstwo na wzgórzu, snopy zebranego siana. Są na pocztówkach w każdym toskańskim miasteczku, na okładkach przewodników, torebkach, ubraniach, magnesach.

Dziś, wybierając się na samochodową wycieczkę po malowniczych drogach Val d’Orcia, postanowiłam zahaczyć o niektóre z nich.

Pierwszym naszym celem była „Cyprysowa sprężynka” – droga prowadząca z Monticchiello do Chianciano Terme. Gdy stanęłam na polu, na które znalazłam w Internecie wytyczne do zobaczenia drogi w całej okazałości, zapytałam: serio? Przecież drogę tę wybrał autokar wiozący Frances Mayes ze Sieny do Cortony, a to przecież zupełnie nie jest po drodze? Serio?! Jak możecie zauważyć, droga nie zrobiła na mnie wrażenia. Może dlatego, że trawa jest taka wysuszona, nie byliśmy tam w trakcie zachodu słońca bądź ulewnego deszczu, albo jeszcze lepiej burzy z piorunami. To był tylko typowy toskański dzień.

DSC_0728

DSC_0732

A. nie wiedział, że jedziemy tak naprawdę zobaczyć tylko tę drogę (on nawet nie wysiadł z samochodu, gdy ja maszerowałam w pole z aparatem 🙂 ) i myślał, że naszym celem jest Monticchiello. Nie protestowałam więc, gdy zajechał na parking przed znakiem Centro Storico 🙂 I ku mojemu miłemu zaskoczeniu, choć miasteczko jest malusie, jest niezwykle urokliwe. Byliśmy chyba jedynymi turystami, więc samotnie spacerowaliśmy po wąskich uliczkach, na których pełno było kwiatów i rozwieszonego prania.

DSC_0696DSC_0698DSC_0702

Przed bramą do osady jest taras widokowy, z którego można podziwiać krajobraz Val d’Orci oraz pobliską Pienzę.

DSC_0714DSC_0719DSC_0692DSC_0691

Kolejnym mijanym zupełnie przypadkiem, akurat po drodze punktem była samotna willa pod San Quirico d’Orcia. Gdy ją zobaczyłam z oddali, nawet nie prosiłam, żebyśmy zjechali z głównej drogi aby podjechać bliżej. Po prostu pojechaliśmy dalej (A. znów był nieświadomy, że coś go ominęło).

DSC_0744

Zajrzeliśmy za to na chwilkę do centrum San Quirico d’Orcia. Jedna główna uliczka, dwa lub trzy kościoły z XII wieku, parę sklepików z pamiątkami. Było uroczo, choć nie znajdzie chyba miejsca w moim top 10 must see z Toskanii.

DSC_0757DSC_0761DSC_0778

Odbiegając od głównego wątku, muszę Wam powiedzieć, że Emilka znosi nasze codzienne wyprawy (i upały) świetnie. Jest prześmiesznym urwiskiem, który zaczepia inne dzieci, piszczy na wszystkie pieski i czasem gołębie, i uśmiecha się uroczo do wszystkich. Nikt nie może przejść obok niej obojętnie. Dzisiaj rozbawił mnie jeden pan, który z zaskoczeniem powiedział do swoich towarzyszy: Patrzcie, ta dzidzia nie ma skarpetek!

DSC_0765

Na koniec perełka: znajdująca się na środku pola kapliczka (wpisana na listę UNESCO). Ona zrobiła na mnie wrażenie. Może to jej tajemniczość, a może po prostu cały krajobraz, a ona po środku niego. Nie wiem komu jest poświęcona, i dlaczego znajduje się na terenie prywatnym, na który nie można wejść.

DSC_0801DSC_0804

 

Na zakończenie chciałabym podkreślić, że dzisiejszy wpis nie oznacza, że Toskania mi się nie podoba. Wręcz przeciwnie, to cudownie zachwycająca, idylliczna kraina w której można się zakochać i w której mogłabym zamieszkać. To jednak nie tylko te pojedyncze, wybrane, wyciągnięte przed nawias “obiekty”. To jej całokształt sprawia, że jest tu tak pięknie. Prawie każda wiejska droga wygląda niezwykle malowniczo i niemal zawsze zmierza do jakiejś ciekawej miejscowości. Te pola i łagodne wzgórza, przemili ludzie, przepyszne jedzenie i powolny tryb życia – wszystko to sprawia, że Toskania jest magiczna i jedyna w swoim rodzaju. Pisząc ten post wyglądam za okno i cieszę się, że tu jestem. Jest tu tak pięknie!

Winogrona nawet zapach mają fioletowy

“Droga Mamo,

dziś jest targ w Cortonie. Na Piazza trwa nieustający festyn na który są zaproszeni wszyscy. Cisną się na usta wyświechtane frazesy,  ale serce się śmieje. Ci włosi wiedzą o radości życia więcej niż my. Jem kupione na targu winogrona i fioletowa słodycz rozpływa mi się w ustach. Nawet zapach mają fioletowy. Chciałbym zostać tu dłużej ale dzwony na wieży przypominają mi, że czas płynie ding dang dum. Szkoda, że Cię tu nie ma, całuję!”

To tekst pocztówki, którą napisała Frances Mayes w filmie “Pod Słońcem Toskanii”. Dzisiaj targu na Piazza w Cortonie nie było. Podobnie fontanny, do której wchodziła ekscentryczna Kathrine (fontanna została zbudowana na Piazza Luca Signorelli specjalnie na potrzeby filmu). Ale nic nie szkodzi. I tak warto było tu przyjechać. Cortona kusi swym średniowiecznym charakterem.

DSC_0542DSC_0504DSC_0509DSC_0501DSC_0520

DSC_0483

 

Zamiast targu na Piazza Della Repubblica podziwialiśmy klasyczne retro auta takie jak porsche i ferrari, które brały udział w wyścigu. Na Piazza miały punkt kontrolny, bo Pan z szarfą w barwach włoskiej flagi podbijał im jakieś druczki.

DSC_0591DSC_0565

W Chiesa di San Francesco z XIII wieku zobaczyliśmy relikwie: fragment krzyża przywieziony z Konstantynopola oraz habit, poduszka i Biblia św. Franciszka. I znów dużo spacerowaliśmy.

DSC_0533

Fioletowych zapachów dzisiaj nie było, ale za to wyjątkowo głośno słyszałam dzisiaj dźwięki: pana grającego na gitarze na Piazza, śmiejące się dzieciaki, które wyglądały z okien szkoły, skrzypiących drzwi Duomo Santa Maria Assunta.

Nikt tylko nie ostrzegał, że uliczki Cortony są tak strome, a schodów jest do przemierzenia tysiące. Z parkingu do miasta można wjechać częściowo schodami ruchomymi, ale niestety część drogi trzeba przebyć schodami tradycyjnymi. Gdybyśmy wiedzieli o tym wcześniej, może wybralibyśmy nosidło zamiast wózka, lub inny parking 🙂

DSC_0445DSC_0441DSC_0454

Dzisiaj krótko, bo właśnie włączyłam film “Pod słońcem Toskanii”. Miłego wieczoru 🙂

Toskańska sielanka

News dnia! Emilka wzbogaciła się o trzeciego ząbka. Obserwowaliśmy górne jedynki już długo, ale wreszcie jedna z nich się przebiła. Emi jest z siebie bardzo dumna 🙂

DSC_0137

Zanim jeszcze zobaczyliśmy nowy skarb Emi, delektowaliśmy się porankiem na toskańskiej wsi. Rano obudził nas śpiew ptaków. Przy naszym malutkim prywatnym patio rosną pachnące róże i inne (nieznane mi z nazwy) kwiaty. Wieje lekko chłodnawy wiatr, by słońce nie było zbyt uciążliwe. To jest życie, la dolce vita!

Po zjedzeniu śniadania pojechaliśmy na wycieczkę. Wystarczyło 15 kilometrów byśmy znaleźli się w Pienzie, miasteczku wpisanym nie bez powodu na listę UNESCO.

DSC_0131DSC_0141DSC_0113

Pienza jest miastem malutkim, ale niezwykle urokliwym. Wąskie uliczki i mała ilość turystów powoduje, że można się zrelaksować i po prostu iść przed siebie, zaglądając to tu to tam.

DSC_0160DSC_0162DSC_0115

DSC_0163

Miasto słynie m.in. z produkcji serów Pecorino. Ten ekskluzywny ser wykonany jest z mleka owiec, które jedzą – podobno tylko trawy i zioła w okolicach Pienzy – tworząc w ten sposób niepowtarzalny smak. Nie trzeba go długo szukać, sklepy z serami można bez problemu poczuć nosem. My zjedliśmy kanapki z Pecorino w niepozornej kawiarni, o tej tutaj po lewej.

DSC_0157DSC_0225

Z miasteczka rozciąga się przepiękny widok na Val d’Orcię. Aby dojść do najlepszego punktu widokowego wystarczy skręcić w romantyczną Via dell’ Amore.

DSC_0181DSC_0190DSC_0119

Wracając do domu, zajrzeliśmy jeszcze do San Biagio – kościoła, którego zdjęcie zamieściłam wczoraj we wpisie Ciao Montepulciano. Z bliska jest jeszcze bardziej imponujący.

DSC_0291DSC_0266

Po południu przyszedł czas na relaks nad basenem. Emi, choć ciągle pilnowała swojego koła, nie dała się do niego włożyć. Ale w sumie jej się nie dziwię, woda w basenie była naprawdę zimna i ja też potrzebowałam sporo czasu, by się w niej zanurzyć. Może jutro 🙂 W międzyczasie Emilka relaksowała się w swojej wanience turystycznej, która zmieniła swoje przeznaczenie i stała się pewnego rodzaju pontonem. Tak, mina na zdjęciu jest niepewna, ale po paru chwilach było już dobrze 🙂

DSC_0300DSC_0388

Wieczorem Emi znów pomagała tacie, tym razem w robieniu kolacji. Gdzie wybierzemy się na wycieczkę jutro? Jeszcze nie wiemy 🙂

DSC_0432

Ciao Montepulciano!

Nad jeziorem Garda od samego rana unosiły się ciężkie chmury. Nie padało, było 20 stopni, ale wiał na tyle nieprzyjemny wiatr, że A. zrezygnował z porannej kąpieli w jeziorze. Zapakowaliśmy Emi do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Dziś mamy do przejechania 360 km.

Początek drogi był strasznie męczący. Jazda włoskimi autostradami nie należy do najłatwiejszych. Droga jest wąska, ciężarówki zajmują przeważnie 2 z 3 pasów, i nikt nie zwraca uwagi na inne samochody. Wszyscy zmieniają pasy kiedy chcą, albo zajmują dwa pasy na raz. Standardem jest zajeżdżanie w ostatniej chwili drogi samochodom, które jadą dwa razy szybciej. Gwałtowne hamowanie i włączanie awaryjnych, żeby nikt Ci w tył nie wjechał to manewr powtarzany co kilkanaście/kilkadziesiąt kilometrów. I tak jechaliśmy aż do Florencji.

Na wysokości Florencji zjechaliśmy na drogę SR222. Jest to bardzo wąska i kręta dróżka, ale gdzieś przeczytałam, że jest jedną z najbardziej malowniczych w Toskanii. A. bawił się świetnie na zakrętach, a ja próbowałam w tym czasie zrobić jakiekolwiek zdjęcia z pozycji pasażera siedzącego za kierowcą (najgorsze siedzenie w samochodzie do robienia zdjęć EVER).

DSC_1380DSC_1388DSC_1399DSC_1476

Tak na marginesie, to jestem dumna z Emi, że nie dostała choroby lokomocyjnej, bo mnie żołądek w pewnym momencie zaczął podchodzić do gardła. Zdecydowanie nie polecam wybierać tej drogi po ciężkim posiłku 🙂 Przejechaliśmy przez Greve in Chianti, Castellina in Chianti i Sienę. W tej ostatniej wskoczyliśmy już na dwupasmówkę, by jak najszybciej przejechać ostatnie kilometry.

DSC_1433

Zatrzymaliśmy się w Agroturismo San Gallo – miejscu położonym u podnóża Montepulciano i na winnym szlaku prowadzącym do Pienzy. Dom pochodzi z 14 wieku i został pięknie odrestaurowany przez obecnych właścicieli.

DSC_1639DSC_1487DSC_1484DSC_1492

Na powitanie wybiegła nam Olimpia. Zaprowadziła nas do apartamentu, który będzie naszym domem przez następne 8 dni. Opowiedziała, gdzie jest najlepszy bar w mieście, gdzie zrobić zakupy, wręczyła nam mapę do ręki, i pomachała na do widzenia gdy ruszyliśmy w kierunku miasta.

DSC_1627DSC_1498

Montepulciano zostało założone na szczycie wysokiego na ponad sześćset metrów wzgórza. Miasteczko otaczają mury pochodzące z XVI wieku. Z naszego domu do Piazza Grande było ok. 35 minut piechotą – ciągle pod górę 🙂

Na początku udaliśmy się do Ratusza, by wdrapać się wąskimi schodami na wieżę i  podziwiać z góry piękno miasta i jego okolic.

DSC_1543DSC_1539

DSC_1545

DSC_1622DSC_1621

Aby dojść do schodów prowadzących na wieżę, trzeba przejść przez pomieszczenia, w których znajdują się jakieś archiwa. W pomieszczeniach tych nie ma absolutnie nikogo, także gdybyśmy chcieli, to moglibyśmy zapakować do plecaka na pamiątkę jakieś dokumenty i uciec 🙂

DSC_1555DSC_1557

Po wyjściu z Ratusza udaliśmy do Duomo a później błąkaliśmy się po wąskich uliczkach miasteczka. Emilka była zachwycona. Na widok piesków piszczała głośniej i radośniej niż normalnie 🙂 Jej humor diametralnie się zmienił, gdy wystraszyła się Pana sklepikarza, u którego kupowaliśmy owoce na kolację.

Zapakowaliśmy plecak smakołykami i postanowiliśmy powoli wracać do domu.

DSC_1630DSC_1623

W domu Emilka pomagała tacie nadmuchiwać swoje koło do pływania. Jutro na pewno je wypróbujemy.

DSC_1660

Przed pójściem spać, poszliśmy jeszcze do ogrodu podziwiać panoramę miasta i zachód słońca.

DSC_0012DSC_0036DSC_0099

Od jeziora do jeziora

Ale mi się dzisiaj dobrze spało. To pewnie dzięki temu świeżemu górskiemu powietrzu. Emilce chyba też bo pospała sobie aż do 8, co jej się ostatnio rzadko zdarza. Zjedliśmy przepyszne śniadanie (bułeczki z czekoladą mniam mniam) i opuściliśmy Gasthof Huber (miejsce naprawdę godne polecenia!).

DSC_1119

Nasz dzisiejszy cel to Sirmione nad jeziorem Garda, oddalone od Braies o 250 km. Pierwsze 50 kilometrów jechaliśmy przez godzinę malowniczą drogą sprowadzającą nas w dół do autostrady. W dół, bo zmieniliśmy wysokość z 1200 na 300m, ale za to temperatura wzrosła z 10 do 20 stopni. A zachwycał się rekordowo niskim spalaniem 4l/100km. Później mknęliśmy już a22, która również nie szczędziła nam pięknych krajobrazów. Dolomity sķąpane w chmurach, co chwilę jakiś zameczek, cudnie!

DSC_1121

DSC_1128

DSC_1130

Gdy naszym oczom ukazał się zjazd z autostrady w kierunku jezioro Garda, niewiele myśląc podążyliśmy za nim. I tak, zjechaliśmy nad samo jezioro na jego północnym końcu, i jechaliśmy cały czas po jego wschodniej stronie, aż na samo południe. Może droga nie była tak szybka jak autostrada (80 kilometrów przejechaliśmy w ok. 1,5h), ale była zdecydowanie bardziej malownicza. Po drodze minęliśmy między innymi miasteczko Garda, w którym byliśmy z A. w 2011 roku. Znaleźliśmy lokalny sklep, w którym kilka lat temu zaopatrzyliśmy się w otwieracz do wina 🙂

DSC_1158DSC_1159DSC_1164DSC_1198

DSC_1202DSC_1209

Gdy dojechaliśmy do Sirmione, chmury nad jeziorem zwiastowały deszcz. Ruszyliśmy zatem jak najszybciej na zwiedzanie.

DSC_1216DSC_1218

Sirmione położone jest na cyplu wysuniętym w głąb jeziora. Historyczne centrum oddzielone jest fosą biegnącą dookoła Zamku Scaligeri – wzniesionego w XIII w. i będącego najbardziej znanym zabytkiem miasta.

DCIM103GOPRO

Po przejściu przez historyczną bramę, będącą częścią zamku, weszliśmy w labirynt wąskich i klimatycznych uliczek. Zewsząd otaczały nas lodziarnie, kawiarnie i pizzerie. I te piękne domy porośnięte kwiatami.

Ze wszystkich atrakcji miasta najbardziej zachwycona jestem jednak jeziorem. Woda była niesamowicie czysta i ciepła. Aż chciało się do niej wskoczyć! Fale na jeziorze dawały złudzenie, że jesteśmy nad morzem. Skalna plaża Lido delle Bionde, czyli duże płaskie skały wystające z wody, po których można spacerować z nogami zamoczonymi w jeziorze do kostek lub kolan to moje ulubione miejsce nad Gardą.

DSC_1316DSC_1284DCIM103GOPRO

Gdy wracaliśmy z plaży, spadły pierwsze krople deszczu. Skryliśmy się w restauracji, by zjeść naszą pierwszą włoską pizzę. Wszystkie kelnerki przychodziły do nas po kolei, żeby pogłaskać Emilkę. Słyszeliśmy tylko: Ciao Bella, Ciao Bambina!

DSC_1330

Malutki deszczyk stawał się coraz większym deszczem, a w oddali słychać było pioruny. Postanowiliśmy wrócić więc do hotelu, póki pogoda na to pozwalała.

DSC_1336DSC_1341

Wieczorem, gdy Emilka poszła spać, poszłam jeszcze na spacer do ogrodu. Jezioro było już spokojne. W oddali widać było światła starego miasta Sirmione.

DSC_1352DSC_1354DSC_1356